RSS
czwartek, 08 kwietnia 2010
Jak zrobić karierę w baaardzo wielkiej korporacji
Kilka rad dla tych, co nie mają ochoty tracić czasu na zdobywanie zbędnych kwalifikacji, a chcieliby szybko awansować. Powinni z nich skorzystać szczególnie ci, którzy już zdobyli szlify managerskie, ale ich aspiracje sięgają znacznie wyżej. Może i nie są zbyt odkrywcze, ale ich uniwersalność i ponadczasowość stanowi niezmiennie klucz do zrobienia dobrego wrażenia na wszelkiej maści przełożonych. Lepiej jednak żeby nie byli oni zbyt błyskotliwi, bo tylko wtedy skuteczność tych metod będzie niemalże gwarantowana:

Zebrania kluczem do twojego sukcesu. To właśnie jest jeden z najskuteczniejszych sposobów na lans np. poprzez publiczne pokazanie swojego zaangażowania w sprawy firmy. Demonstrowanie przynależności i troski o swoje stado zawsze się sprawdza (nie tylko u małp), więc dlaczego w twojej firmie miałoby nie zadziałać na twoją korzyść. Na zebraniach masz również okazję do głoszenia przed szefostwem i kolegami różnych mądrości wyczytanych dzień wcześniej w książkach, czy w Internecie. A jeśli ci zabraknie pomysłów na zabłyśnięcie, to po prostu zacznij zadawać pytania dotyczące projektów czy inicjatyw, które tak naprawdę kompletnie cię nie dotyczą i nie powinny cię w ogóle interesować. Zresztą nie jest ważne z jakiej okazji będziesz się odzywać i czy to co mówisz ma większy sens czy też nie. Tu liczy się ilość, nie jakość. W umysłach przełożonych zacznie po jakimś czasie kiełkować następujący tok rozumowania: dużo mówi, widać go, znaczy dobry jest!

Wazelinę miej zawsze przy sobie. Gdyż nie znasz dnia ani godziny, kiedy może być przydatna. Pozwólcie, że ze względu na pozory zachowania przyzwoitości, daruję sobie opis technik smarowania. Nie tylko twój przełożony czy szef oddziału powinien dostawać regularną dawkę. Jeśli np. twój odział odwiedza jakaś gruba ryba, musisz koniecznie zwrócić na siebie jej uwagę. Podczas kontaktu nie zapominaj o właściwej postawie. Kiedy zwracasz się do pana swego, kark powinieneś mieć zgięty zaś wygląd lichy i durnowaty. Staraj się nie odstępować go na krok, a na spotkaniach siadaj najbliżej, aby wszyscy mogli zobaczyć jaki jesteś ważny. Może z tego powodu ktoś nawet zacznie cię szanować.

Spraw sobie jakieś poczucie humoru. Pokaż jaki z ciebie luzak. Nie musi ono być prawdziwe, wystarczy że będzie nie mniej drętwe niż twojego przełożonego. Żarcik rzucony w obecności szefa zawsze zrobi dobre wrażenie (byle nie na jego temat!). A i koledzy się zaśmieją dla wzmocnienia efektu, żeby nie wyjść na sztywniaków. Jeśli jednak wykażesz się prawdziwym talentem komicznym, możesz być pewien że kariera w twojej firmie stanie przed tobą otworem. W końcu każdy dwór wcześniej czy później będzie potrzebował swojego błazna.

Wywal na śmietnik jakiekolwiek skrupuły wobec swoich podwładnych. Oczywiście nie mam na myśli jakiegoś szczególnego okrucieństwa. Po prostu na każdym kroku podkreślaj swój brak pobłażania dla ich słabości czy też niedociągnięć. Żadnego usprawiedliwienia sprawami rodzinnymi albo zdrowotnymi. Świetnie też sprawdza się publiczne obarczanie ich nadmierną ilością obowiązków. Niewątpliwą chwałę przyniesie ci nakłonienie ich do pracy po godzinach lub w weekendy (zwłaszcza kiedy nie jest to niezbędne do przetrwania firmy na rynku). Przypadkiem też nie nazywaj ich ludźmi. Bardziej odpowiednim określeniem będą „zasoby”. I broń Boże nie okazuj przy szefie czy twoich kolegach cienia empatii, ona jest zabójcza dla błyskotliwej kariery, jaką przecież za wszelką cenę chcesz zrobić.

Wymyśl jakąś inicjatywę, która ma służyć dobru twej firmy. Nieważne czy ma ona sens i jak się zakończy. Ważne żeby w związku z nią było dużo szumu wokół twojej osoby. Najlepiej żeby trwała długo i było w nią zaangażowanych jak najwięcej ludzi. Jest wtedy szansa, że w przypadku niepowodzenia nikt nie będzie pamiętał, kto był jej pomysłodawcą i orędownikiem. Do tego czasu spokojnie odetniesz kilka kuponów i zyskasz wiele cennych punktów. Oczywiście nie musi to być nic wyrafinowanego. Może to być zarówno jakaś nowa hiper-super strategia rozwoju, która nigdy nie zostanie zrealizowana, lub po prostu sprowadzenie z zagranicy projektu, który będzie rozwijany przez twój oddział. Cóż z tego że będzie to kosztowało firmę bardzo duże pieniądze, a za rok trzeba będzie projekt gdzieś oddać. Przecież firma jest bogata, niewielka strata. Zawsze potem znajdzie się jakiś pretekst do oszczędności.

Realne i wymierne efekty twojej pracy nie są istotne, więc nie poświęcaj im zbyt wiele czasu. Liczy się to, jak postrzega cię szefostwo, więc skup na tym cały swój wysiłek. Zresztą od czego masz swoich podwładnych? Jeśli już naprawdę musisz pokazać że coś robisz, to oni za ciebie odwalą całą tę robotę.

sobota, 03 kwietnia 2010
Pierwszy przydział
No więc wzywa mnie boss z centrali i chce ze mną rozmawiać. Chłopisko jest całkiem sympatyczne, więc i rozmowa przebiega w luźnym tonie. Pyta mnie o moje doświadczenia zawodowe, jak tu trafiłem, itp. Ale nie mówi nic o planach względem mojej osoby. Na koniec prosi o zadawanie pytań. Wymyślam więc na poczekaniu jakieś „ambitne” na temat strategii czy planów dotyczących mojego oddziału. W odpowiedzi słyszę jakieś okrągłe, wymijające zdania. Zresztą tego się raczej spodziewałem – im większy szef tym mniej konkretów. Moja sytuacja po zakończeniu tej rozmowy o niczym nie wyjaśnia się ani trochę, ale zaczynam się domyślać że nie była ona tak całkiem bezcelowa.

Nawiązując do centrali, jesteśmy czasem odwiedzani przez różnych oficjeli. Podczas tych kilku wizyt często słyszałem jak chwalą nasz oddział, kwalifikacje i zaangażowanie naszego personelu. Zresztą dosyć szybko przekonuję się, że nie jest to tylko kurtuazja. Jednym z naszych gości była pewna szefowa – wiceprezes, której podlegają prawie wszystkie nasze projekty i której do dziś boją się managerowie bezpośrednio za nie odpowiedzialni. Jest ona szczególnie zaangażowana w sprawy kobiet i ich równouprawnienia. Chciałaby, żeby było ich więcej w naszym oddziale i ogólnie w branży IT. Jest oczywiście przeciwna jakimkolwiek przejawom ich dyskryminacji – czy to płacowej, czy w dostępie do wyższych stanowisk. Dyskryminacja? Jaka dyskryminacja – zastanawiam się. Przecież to XXL – prekursor w piętnowaniu i zwalczaniu takich praktyk!

...


Moi Drodzy, na blox.pl jest prawie 170 tysięcy blogów, nie wiem dlaczego akurat mój został znaleziony i skojarzony, ale teraz pewnie w co drugim projekcie ktoś jest podejrzewany o jego autorstwo. Nie chcę żeby ktokolwiek miał problemy z tego powodu. Kilka nieistotnych faktów zostało już wcześniej zmienionych, ale i tak znajdzie się ktoś, kogo będzie się dało wpasować do tej historii. Na razie więc nie będę jej kontynuował. Zresztą nie ona jest tutaj najważniejsza, a moje spostrzeżenia mogę tu wyrazić w nieco inny sposób...
poniedziałek, 29 marca 2010
"Motywacji" ciąg dalszy

Nie mogłem się jednak powstrzymać, właśnie po długiej  przerwie zaczęła się rekrutacja… Wynagradzaj  nowoprzyjętych pracowników (najlepiej takich zaraz po studiach) wyżej niż  doświadczonych i zasłużonych dla twojej firmy. Komentarz chyba sobie daruję :-/

poniedziałek, 22 marca 2010
Jak skuteczne z(de)motywować pracownika

Pozwólcie, że dla małej odmiany nie pociągnę chwilowo wątku z poprzedniego odcinka. Chciałbym się mianowicie podzielić moimi spostrzeżeniami dotyczącymi sposobów motywowania pracowników. Współczesne firmy aby skutecznie konkurować na rynku pracy stosują oprócz klasycznych i dobrze sprawdzonych, również coraz to wymyślniejsze metody. Taki miks ma na celu skuteczne przyciągnięcie i utrzymanie najlepszych specjalistów, od których oprócz zaangażowania, wymagana jest np. duża kreatywność czy wręcz innowacyjność. Umiejętność skutecznego motywowania jest też uważana za niezbędną cechę każdego prawdziwego lidera, dlatego przynajmniej kilka z poniższych praktyk powinno się znaleźć w arsenale każdego szanującego się szefa. Wybaczcie jeśli niektóre z nich nie są zbyt odkrywcze, mogliście się przecież z nimi zetknąć w swoich firmach. Oczywiście kategorycznie zaprzeczam, że mają one jakikolwiek związek z moim obecnym miejscem pracy:

Zdegraduj nowego pracownika zaraz po rekrutacji lub przekwalifikuj go na inne, mniej atrakcyjne stanowisko (np. z programisty na testera). Możesz mu coś ewentualnie obiecać w zamian, gdyż prawdopodobnie nie ty będziesz potem z tego rozliczany. Twój pracownik na pewno poczuje się dowartościowany i doceni troskę swojej firmy o jego rozwój zawodowy oraz spełnienie marzeń i aspiracji.

Daj pewne przywileje, a następnie je odbierz np. pod pretekstem kryzysu lub reorganizacji. Niech to będzie kilkusetzłotowy dodatek za Internet, darmowa kawa i herbata, lub po prostu nagroda pieniężna, którą przyznasz ale już nie wypłacisz. Może to być również jakiś drobny gadżet, np. pendrive z logo firmy, który totalnie psuje się już po kilkukrotnym użyciu (bez możliwości wymiany oczywiście). Nie zapomnij również o zlikwidowaniu imprez integracyjnych, nic tak przecież nie integruje ludzi jak wspólne problemy, którym trzeba stawiać mężnie czoła! Tak „obdarowany” pracownik na pewno poczuje się doceniony za swoją ciężką pracę i za to że nie odszedł dotąd do innej firmy (która co prawda jest tysiąc razy mniejsza i w której się nie przelewa, ale tylko dlatego że bezmyślnie funduje swoim pracownikom gorące napoje).

Nie dawaj podwyżek, zwłaszcza wtedy gdy twój oddział pracuje lepiej od innych. To jest szczególnie mobilizujące, kiedy taka podwyżka jest raz do roku, a twój pracownik tak długo na nią czekał i bardzo się starał, aby poprawić swoją sytuacje finansową. W ostateczności daj 100 zł podwyżki dla najlepszych z najlepszych, żeby wiedzieli jak wiele znaczą dla firmy. Wytłumacz że kryzys jest równy dla wszystkich oddziałów i nie przejmuj się że inne, mniejsze firmy podnoszą pensje – to ich problem. Acha, warto jeśli twoje wysiłki wesprze doroczny mail prezesa całej korporacji, w którym przekonuje że firma mimo kryzysu radzi sobie najlepiej spośród swojej konkurencji, osiągając rekordowe przychody w całej historii. Trudno się w tym połapać??? No przecież to takie nieskomplikowane!

Zróżnicuj pensje ile tylko się da (oczywiście za tą samą pracę). Ale nie o jakiś marny procent – dwukrotnie co najmniej dla tego samego stanowiska (a jeszcze lepiej daj więcej za gorszą wydajność!). Jeśli jesteś szefem oddziału, możesz sobie pozwolić na większą fantazję i wynagradzać podległych ci managerów gorzej (lub dużo gorzej) od szeregowych pracowników. (A co! Przecież trzeba iść z duchem czasu i łamać dotychczasowe, skostniałe i nieefektywne zasady!)

Dyskryminacja to podstawa motywacji. To motto powinno ci przyświecać przez całe twoje życie zawodowe! Stwórz więc przywileje dla określonych grup lub pojedynczych ludzi. Niech to będą np. obcokrajowcy, którzy z definicji będą lepiej wynagradzani (co z tego że nie są lepsi od naszych, przecież nie o to chodzi!). Dla wzmocnienia efektu daj niektórym przyjezdnym kilkakrotnie wyższe pensje i zapłać za szkołę ich dzieci lub wynajęcie willi w najlepszej dzielnicy. Nic nie szkodzi, że nie są oni jacyś krytyczni dla twojej firmy. To właśnie powinno kłuć w oczy, żeby sobie nasi nie myśleli że są tacy dobrzy, jeszcze im woda sodowa uderzy do głowy.

Żadnych Christmas Party na koniec roku, tudzież innych fanaberii. Przecież to 0,0001% twojego rocznego budżetu. No i po cholerę masz dziękować swoim pracownikom i ich rodzinom za cały rok poświęceń?! Powinni być wdzięczni że w ogóle mają robotę, w tych jakże trudnych czasach. W ostateczności zrób Mikołajki dla tych 20 procent dzieciatych, zgodnie z wytycznymi z powyższego akapitu.

Daj dużą władzę karierowiczom i dupolizom. Najlepiej takim, którzy nigdy nie odnieśli żadnego sukcesu w swoich dotychczasowych firmach (lub wręcz opuścili je w niesławie). Dodatkowo pozbaw ich nadzoru i odpowiedzialności. Możesz być pewien, że efekty nie każą długo na siebie czekać. Nie, no tutaj się już chyba za bardzo zagalopowałem. Aż mi wstyd, że wypisuję takie rzeczy. Przecież to absolutna podstawa dobrego zarządzania! Może na tym na razie zakończę tę wyliczankę, bo inne niedorzeczności zaczynają mi przychodzić do głowy.

piątek, 19 marca 2010
Pierwsze tygodnie

Mija kilka tygodni, a ja snuję się z kąta w kąt. Próbuję podpytywać różne osoby co dalej, ale bez rezultatu. Dopiero po ok. miesiącu poznaję Szefa Oddziału. Jestem zaproszony na jakieś zebranie zapoznawcze dla nowych pracowników. Szef ma na imię Adam i jest facetem w średnim wieku. Ma jasne włosy i nosi okulary, wzbudza sympatię. Jest polakiem, który przyjechał tutaj ze Stanów czy z Kanady, żeby zbudować i poprowadzić nasz oddział. Tam pracował ponoć przez dwadzieścia lat w różnych oddziałach naszej firmy, dochodząc do stanowiska project managera. To duży przeskok na tak odpowiedzialne stanowisko jakim jest Szef Oddziału. Teraz zarządza kilkusetosobowym zespołem, projektami, infrastrukturą IT, budżetem i Bóg jeden wie czym jeszcze. Do tego musi odpowiadać za HR, wizerunek oddziału i firmy, krzewienie właściwej kultury organizacyjnej i pewnie za wiele innych spraw, o których ja – szeregowy pracownik nie powinienem mieć zielonego pojęcia – ironizuję sobie w duchu. Ale pewnie musi być dobry, skoro szefostwo korporacji powierzyło mu taką rolę.

XXL jest pełen mądrych ludzi. Wszyscy pomagają budować naszą planetę na swój własny, wyjątkowy sposób*

Siedzimy tak w kilkanaście osób wokół stołu i rozmawiamy po angielsku. Gość chyba zapomniał ojczystego języka po tylu latach „zesłania”– zastanawiam się. Nadchodzi pora, żeby każdy się przedstawił i powiedział kilka słów o sobie. Przychodzi moja kolej. Przedstawiam się i mówię że mam kilkunastoletnie doświadczenie w branży i chcę moją przyszłość zawodową związać z XXL. Próbuję jakimś żartem dać lekko do zrozumienia, że wciąż nie wiem po co tu jestem i co będę robił. Szef kiwa głową ze zrozumieniem i też rzuca jakimś żartem. Nie bardzo go rozumiem, ale na wszelki wypadek wykrzywiam usta w grymas uśmiechu. Po prezentacjach następuje przemowa na temat strategii naszego oddziału i korelacji ze strategią całej firmy. Na początku słucham z zainteresowaniem, ale brak konkretów i ciągła niepewność co do mojej przyszłości powodują że nie mogę się na tym skupić. Po jakimś czasie moje myśli krążą już zupełnie gdzie indziej.

Wkrótce po tym wzywa mnie manager mojego obecnego projektu i prowadzi do innego managera. Wiesz, odchodzi techniczny lider z jednego z moich projektów i szukam kogoś na jego miejsce – mówi ten drugi. Potrzeba mi kogoś, kto dobrze programuje w Javie. Połowę czasu spędzałbyś na programowaniu a drugą połowę na papierkowej robocie. Czuję się lekko poirytowany i grzecznie wyrażam swoje wątpliwości, czy aby jestem na pewno tą osobą której on szuka. Tłumaczę, że z programowaniem nie miałem już od bardzo dawna do czynienia, a z Javą tylko sporadycznie, przed wieloma laty. Po zakończeniu rozmowy staram się w stanowczy sposób wytłumaczyć temu, który mnie wezwał, z jakim zamiarem się tutaj zatrudniłem i jakie są moje oczekiwania. Ten jakby wydawał się trochę zaskoczony, ale pokiwał głową na znak zrozumienia. Przecież to on m. in. mnie tutaj rekrutował do ciężkiej cholery – nieśmiało przypominam sobie.

Mój entuzjazm do nowej firmy zdążył już podupaść, kiedy nagle wezwał mnie big boss z Ameryki – teksańczyk nadzorujący pracę mojego oddziału z ramienia centrali, który akurat wpadł do nas na tydzień…

*Internetowa strona firmy

środa, 17 marca 2010
Pierwsze dni

Pierwszy dzień w pracy: szkolenie BHP, nowy laptop, plecak. Pytam recepcjonistkę o możliwość parkowania przed biurowcem. Ależ to tylko dla managerów! – słyszę. Trochę mnie to martwi, bo nigdzie nie ma miejsca w całej okolicy. Stoję wraz z innymi autami na zakazie, od czasu do czasu sprawdzając czy nikt mi mojego nie przerysował, albo nie chce dać mandatu. I tak codziennie, przez prawie 2 tygodnie. Ale najpierw pierwszy przydział do nowego projektu i zespołu. Dowiaduję się że nie ma wolnego biurka, więc będę siedział na miejscu kogoś, kto właśnie jest na urlopie. Na razie nie ma dla mnie konkretnych zadań, więc próbuję czas spożytkować na poznanie nowego projektu i ludzi. Większość z nich ma poniżej 30-stki, z czego wielu zaraz po studiach. Są inteligentni, wygadani i pewni siebie. Chętnie też dzielą się wiedzą i są pomocni, jeśli trzeba.

Moje miejsce pracy mieści się na jednym z kilku pięter zajmowanych przez oddział firmy w nowoczesnym biurowcu. Na piętrze jest otwarta przestrzeń, na której znajdują się typowe boksy zajmowane przez pracowników i managerów. Każdy ma do dyspozycji od jednego do kilku komputerów, szafkę i telefon. Na każdym piętrze rozmieszczonych jest też kilka mniejszych lub większych pokoi – tzw. quiet roomów – używanych przeważnie do prowadzenia zebrań. Wszystkie te pomieszczenia, jak i główna powierzchnia biurowa są klimatyzowane. No i jest oczywiście niewielkie pomieszczenie przeznaczone na kuchnię. W środku kuchenka, lodówka, jakieś półki z naczyniami i dystrybutor z wodą. Do tego kilka rodzajów herbaty, kawa w słoiku i z ekspresu, cukier, mleko… Wszystkie te dobra do dyspozycji pracowników. Na razie mi się tu podoba – myślę sobie.

Po jakimś czasie poznaję bliżej jedynego kolegę w moim wieku. Okazuje się że został zatrudniony tego samego dnia. Zostanie on kolejnym z moich szefów i odegra bardzo negatywną rolę, ale to dopiero za jakiś czas... Idziemy na obiad podczas przerwy i wymieniamy swoje spostrzeżenia na temat firmy. On też przyszedł tu na stanowisko managera i znalazł się w „poczekalni” tak jak ja. Na moje wątpliwości dotyczące początkowej degradacji, tłumaczy że to taka praktyka w HR i za jakiś czas wszystko się wyjaśni, tylko muszą być nowe projekty, które będziemy mogli objąć. Jaka praktyka – myślę, jeszcze o czymś takim nie słyszałem. Może to jeden z przejawów tej słynnej innowacyjności firmy – tłumaczę sobie w duchu.

Rozmawiamy dalej. Okazuje się że mamy podobne doświadczenia zawodowe i staż pracy. Trochę mu zazdroszczę, bo zaliczył międzyczasie prywatne przyjęcie w rezydencji samego Szefa Oddziału. Ja nie miałem nawet okazji go poznać. Ale dostałem za to plecak na mój firmowy laptop – pocieszam się. Nie na długo, jak się okazało. Inni „kandydaci” zostali obdarzeni elegancką torbą i służbową komórką. Za to wkrótce dostaję kartę parkingową. To dobry znak, no i cieszę się że nie będę musiał już biegać kilka razy dziennie na dół, z duszą na ramieniu.

Moim pierwszym szefem zostaje Wolfgang – obcokrajowiec od krawata. Nie mam z nim żadnego kontaktu, nawet nie wiem gdzie siedzi, ale to podobno tymczasowe, tj. do znalezienia jakiejś konkretnej roboty. Na razie obijam się po kątach i usiłuję wchłonąć jakąś wiedzę. Tylko co mi się może tak naprawdę przydać? Dostaję kilka prezentacji na temat produktu, do którego zostałem na razie przydzielony. Jest to podobno najważniejszy produkt jaki tu rozwijamy. Próbuję się zagłębić w slajdy przedstawiające jego architekturę, niby wszystko proste, ale po kilku minutach ogarnia mnie znużenie. Cóż, fascynujące to może nie jest, ale może znajdzie się w końcu coś ciekawego dla mnie.

Prawdopodobnie bardziej niż gdziekolwiek indziej, pracując dla XXL będziesz miał bezpośredni wpływ na kierunek, w jakim zmierza nasz świat. Stwarzamy wyjątkowe szanse rozwoju dla doświadczonych profesjonalistów*

*Reklama firmy na jednym z portali dla poszukujących pracy

poniedziałek, 15 marca 2010
Rekrutacja

Słyszę dzwonek, odbieram telefon. Miły kobiecy głos informuje mnie, że zostałem wybrany... Nie dosłyszałem jednak do czego, więc na wszelki wypadek zdecydowanym tonem informuję, że nie jestem zainteresowany. Słyszę lekką konsternację po drugiej stronie i ponowną próbę – Ale tu chodzi o pracę w firmie XXL! Uff, czuję ulgę, już myślałem że to znowu jakaś akwizycja. Ale zaraz, zaraz, gdzie?! Tak, teraz dobrze usłyszałem! Proszę przyjść do nas aby podpisać list intencyjny, proponujemy panu pracę na stanowisku programisty. Ale momencik, kochana, tu chyba nie o mnie chodzi – myślę gorączkowo. Hmm, przecież ja aplikowałem na stanowisko managera – próbuję wyjaśnić. Spełniam aż nadto kryteria z ogłoszenia, więc co ze mną jest nie teges? Chcę zarządzać projektami, ludźmi, budżetem, a nie dłubać w kodzie jak ponad 10 lat temu... Ależ proszę się nie martwić, to tylko taka formalność, wszyscy dostają takie stanowisko na początek. Manager to tylko taka rola... dalej już niespecjalnie do mnie docierały te wyjaśnienia, zagłuszyła je chyba euforia. Dostałem w końcu pracę w tym komputerowym gigancie – mojej wymarzonej firmie.

XXL zawsze ma na względzie twoją karierę. Jej rozwój jest dla nas równie ważny jak nasze zyski*

Jadąc do siedziby przypomniałem sobie rozmowę kwalifikacyjną sprzed kilku tygodni – właściwie było ich kilka – trochę po polsku, trochę po angielsku. Nic szczególnego, standardowe pytania i takież odpowiedzi. Zapamiętałem szczególnie tą jedną, z bystrym obcokrajowcem, który przez większość rozmowy gapił się na mój krawat – nawet specjalnie tego nie kryjąc. Kurczę, czy coś z nim nie tak? A może to taka technika prowadzenia rozmów – myślę sobie, próba jakaś czy coś? W końcu staram się o poważne i odpowiedzialne stanowisko, jak słyszę w zapewnieniach. Na wszelki wypadek nie daję się wyprowadzić z równowagi, a zaraz po zakończeniu sprawdzam stan krawata. Wszystko OK.

Na widok listu intencyjnego euforia nieco opada. Nie to stanowisko, nie ta kasa, żadnych negocjacji. No cóż, myślę sobie, może przeceniam swoje kwalifikacje. Pewnie tych kilka dyplomów i lata pracy ledwie starczają na bycie programistą, taki tutaj poziom. A kasa, cóż, głodowa to ona może nie jest, choć wciąż wydaje mi się że powinienem liczyć na więcej. Okres próbny jakoś przeleci, będę się mógł wykazać, dostanę stałe zatrudnienie i porządny kontrakt – kombinuję. Czasem warto zrobić krok czy dwa do tyłu, żeby nabrać porządnego rozpędu. W końcu to XXL – firma nieograniczonych możliwości i najwyższych standardów zatrudnienia.

*Internetowy prospekt firmy dotyczący zatrudnienia

Dlaczego moja firma chce mnie wykończyć?
Właściwie to nie wiem dlaczego i czy kiedykolwiek się dowiem. Nie jestem też pewien czy robi to celowo, czy to tylko zbieg okoliczności. Jedno wiem jednak na pewno – bilans tych kilku lat pracy nie wygląda dla mnie imponująco: zrujnowane zdrowie, totalny brak motywacji i wiary w siebie, żadnych szans na karierę (przynajmniej tu). Do tego jestem w przysłowiowe „plecy” o naprawdę grubą kasę, którą mógłbym przez ten czas zarobić, gdybym był traktowany na równi z innymi lub po prostu zdecydował się na pracę gdzie indziej. Cóż, magia tych kilku liter okazała się silniejsza od zimnych kalkulacji i zdrowego rozsądku. Teraz mogę jedynie ubolewać nad własną naiwnością i głupotą.